18.września.2009
living is easy with eyes closed.
W moim pokoju buszują małe światełka. Pojawiają się zawsze gdy zapalam światło, a czasem także niespodziewanie - przy zachodzie lub wschodzie słońca, kiedy światło ustawia się pod odpowiednim kątem. Wszystko jest wtedy rudopomarańczowe i cały pokój dosłownie tańczy. Na suficie, na krzywo powieszonych plakatach, na łóżku i na mojej twarzy - wszędzie małe plamki światła.
(Trzeba być mną, żeby w pokoju 2,5x3m powiesić sobie kulę dyskotekową pod lampą. O taką. Moje małe cudo.)
Nie wierzę w stan szczęścia permanentnego. Wierzę w takie właśnie małe momenty - drobne światełka tańczące na mojej dłoni; ulubiona piosenka zasłyszana na ulicy, puszczona na cały regulator w radiu przejeżdżającego samochodu; kolorowe liście, które układając się właśnie w ten a nie inny sposób sprawiają, że szczerzę się jak głupia. O takie właśnie malutkie chwile, takie do kolekcjonowania, do łapania w dłoń i zaciskania mocno w piąstce, żeby tylko nie wypuścić, żeby nie pozwolić uciec. Otwieram piąstkę i już nic tam nie ma, ale wspomnienie, uśmiech zostaje...
Wierzę także, że im bardziej jest nam źle, im większy przeżywamy smutek, tym lepiej potem będziemy potrafili te szczęście docenić. Czyli że jedno jest konieczne do istnienia drugiego. Czyli żeby przeżyć kilka naprawdę mocno szczęśliwych chwil, trzeba się przedtem ostro namęczyć. I do tego chyba dążę, i chyba nieźle mi idzie.
(Choć tak w ogóle to strasznie głupie słowa - szczęście, smutek, tfu, jakie oklepane, jakie ogólnikowe i czarno-białe. Spać, snu, i czerwonej herbaty.)
(Trzeba być mną, żeby w pokoju 2,5x3m powiesić sobie kulę dyskotekową pod lampą. O taką. Moje małe cudo.)
Nie wierzę w stan szczęścia permanentnego. Wierzę w takie właśnie małe momenty - drobne światełka tańczące na mojej dłoni; ulubiona piosenka zasłyszana na ulicy, puszczona na cały regulator w radiu przejeżdżającego samochodu; kolorowe liście, które układając się właśnie w ten a nie inny sposób sprawiają, że szczerzę się jak głupia. O takie właśnie malutkie chwile, takie do kolekcjonowania, do łapania w dłoń i zaciskania mocno w piąstce, żeby tylko nie wypuścić, żeby nie pozwolić uciec. Otwieram piąstkę i już nic tam nie ma, ale wspomnienie, uśmiech zostaje...
Wierzę także, że im bardziej jest nam źle, im większy przeżywamy smutek, tym lepiej potem będziemy potrafili te szczęście docenić. Czyli że jedno jest konieczne do istnienia drugiego. Czyli żeby przeżyć kilka naprawdę mocno szczęśliwych chwil, trzeba się przedtem ostro namęczyć. I do tego chyba dążę, i chyba nieźle mi idzie.
(Choć tak w ogóle to strasznie głupie słowa - szczęście, smutek, tfu, jakie oklepane, jakie ogólnikowe i czarno-białe. Spać, snu, i czerwonej herbaty.)
NIE WYZNAJĘ ZASADY "KOMENTARZ ZA KOMENTARZ"! Spamować można w księdze, spam z komentarzy będzie natychmiastowo usuwany.

(5), +